Pin It

Macierzyństwo inspiruje. Wiedzą o tym wszyscy ci, którzy wraz z pełnieniem nowej, rodzicielskiej funkcji, odkryli w sobie pasję do robienia rzeczy, o które wcześniej by się nie podejrzewali. Wiedzą też o tym matki, które w chwilach, gdy dziecko zaśnie, siadają przed monitorem komputera i dzielą się swoimi doświadczeniami z innymi. Zakładają blogi na których piszą, testują produkty, organizują konkursy, czy po prostu – zarabiają.  Niekiedy też… uczą. Na przykład języka suahili, w którym mtoto wangu oznacza moje dziecko.

Justyna, autorka bloga mtoto-wangu.blogspot.com, od listopada 2010 prowadzi internetowy dziennik, którego głównym bohaterem jest Mała Czekoladka –  jej syn. Opisując swoją codzienność, mama energicznego dwulatka łączy dwie rzeczywistości – polską i tanzańską, bo to właśnie z tego afrykańskiego kraju pochodzi jej mąż i tata Bartłomieja.  Dla Siostry Ani autorka bloga opowiada o Tanzanii, suahili, blogowaniu i godzeniu studiów z macierzyństwem.

Pani blog niesamowicie wciąga. Jak Pani to robi?

Szczerze mówiąc, sama jestem zaskoczona popularnością bloga. Gdy zaczynałam go pisać, a było to ponad dwa lata temu, śledziła go tylko moja Mama i kilka najbliższych koleżanek. Z każdym wpisem przybywało nowych czytelników, co jeszcze bardziej motywowało mnie do codziennych wpisów. Na początku skupiałam się na opisywaniu dni z życia studentki w ciąży i narzeczonej Czekoladowego Tanzańczyka, z czasem rozszerzyłam tematykę bloga o ciekawostki z Tanzanii i lekcje suahili, dzięki którym mogłam przemycić troszkę egzotyki do naszej śnieżnej rzeczywistości.

Jak blogującej mamie udaje się na znaleźć czas na pisanie? Skąd pomysł na bloga?

Z tym bywa czasem różnie. Najczęściej udaje mi się usiąść przed komputerem podczas popołudniowej drzemki Synka lub późną nocą, gdy Czekoladka zapada w sen. Nie raz muszę przerywać pisanie, by nakarmić Synka lub zwyczajnie go przytulić.

Pomysł na bloga pojawił się w mojej głowie na początku ciąży. Chciałam mieć miejsce, w którym mogłabym zapisywać swoje uczucia i doznania z tego magicznego okresu. Było to dla mnie ważne, gdyż w życiu realnym nie bardzo miałam z kim fachowo porozmawiać o ciąży i moich odczuciach (większość moich znajomych w tym czasie korzystała z życia studenckiego, więc nie bardzo mieli pojęcie o macierzyństwie ;)). Na szczęście, dzięki blogowi mogłam być bliżej innych kobiet, które podobnie jak ja, czerpały radość z rosnącego w nich szczęścia. Postanowiłam sobie, że w dniu 18 urodzin Czekoladki, podaruję mu spis wszystkich wpisów blogowych, tak by mógł poznać wszystkie szczegóły ze swojego dzieciństwa.

Skąd pomysł na lekcje suahili z Czekoladką?

Od dłuższego czasu próbowałam nauczyć się języka mojego Męża. Jednak zawsze coś mi w tym przeszkadzało – a to zajęcia na uczelni, a to nauka do kolokwium, a to zwyczajne lenistwo. Pewnego dnia na poważnie postanowiłam zabrać się za naukę tego egzotycznego języka. Jako motywator miały mi posłużyć wspólne lekcje suahili na blogu. Stwierdziłam, że teraz, gdy inni uczą się ze mną nowego języka, ja również muszę się zmobilizować do nauki. Nie ukrywam, że moim marzeniem jest, by coraz więcej ludzi poznało ten ciekawy język i w końcu przekonali się, że hakuna matata czy simba to nie wytwór wyobraźni twórców Króla Lwa, ale prawdziwe słowa, które na co dzień padają na ulicach Tanzanii.

Jak udaje się Pani pogodzić wychowanie syna w dwóch kulturach: polskiej i tanzańskiej?

Gdy dziecko dorasta w rodzinie o dwóch kulturach, wszystko przychodzi samoistnie. Polską kulturę Synek poznaje na co dzień, gdyż obecnie mieszkamy w Polsce. Z kolei Tata Czekoladki, poprzez tanzańską kuchnię i muzykę wprowadza Syna w świat kultury afrykańskiej. Często także uczestniczymy w festiwalach afrykańskich i spotkaniach z przyjaciółmi z Afryki, tak by Czekoladka czuł, że w jego żyłach także płynie „afrykańska krew”.

Jakimi językami mówi Pani niespełna dwuletni syn ? Bardziej preferuje język mamy czy taty?

Czekoladka powtarza słowa w trzech językach: polskim, angielskim i suahili, jednak najbliższy jest mu język polski. Tak jak wspominałam, od urodzenia mieszkamy w Polsce, więc ten język jest najczęściej przez niego słyszany. Język angielski Bartuś poznaje z bajek oraz z rozmów z Tatą. Często zdarza mu się mieszać wyrazy po polsku i angielsku, dzięki czemu cała rodzina ma darmową naukę języków obcych.

Na swoim blogu umieszcza Pani dużo ciekawostek na temat życia w Tanzanii. Które ze zwyczajów dotyczących wychowania i pielęgnacji dzieci oraz macierzyństwa najbardziej Panią zdziwiły?

Najbardziej zdziwił mnie fakt, że w Tanzanii, tuż po porodzie dziecku golone są włosy, które uważane są za brudne i niehigieniczne. Szczerze? Nie wyobrażam sobie łysej Czekoladki 😉

Jakie zwyczaje tanzańskie chciałaby Pani, aby na dobre przyjęły się również w naszym kraju? Które z nich wprowadza Pani do swojego życia?

To, co niezwykle podoba mi się w kulturze tanzańskiej, to niebywała bliskość i wzajemna pomoc w rodzinie. Posłużę się trafnym przykładem: w okolicach terminu porodu, kobieta będąca w zaawansowanej ciąży (8-9 miesiąc ciąży), tymczasowo wyprowadza się od Męża do rodzinnego domu (tj. miejsca, gdzie mieszka mama) i tam w jej towarzystwie oczekuje pierwszych symptomów zbliżającego się porodu. Tuż po porodzie, matka wraz z córką, po opuszczeniu szpitala (mama także pomaga córce w szpitalu) ponownie wprowadzają się do mieszkania Męża i razem zajmują się wychowywaniem i opieką nad nowonarodzonym dzieckiem. W sytuacji, gdy mama córki nie żyje, jej rolę przejmuje teściowa, z tym jednak wyjątkiem, że teściowa wprowadza się do mieszkania Syna, już w ostatnich miesiącach ciąży Synowej. Kiedy młoda mama gotowa jest samodzielnie zająć się opieką nad dzieckiem, Mama/Teściowa wraca do swoich obowiązków (co nie znaczy, że już nie opiekuje się wnuczkami). Teraz widzę, jak bardzo moja rodzina podobna jest do wzorca tanzańskiego. U nas, podobnie jak w Tanzanii, od pierwszych chwil życia Bartusia, mogę liczyć na pomoc i wsparcie mojej ukochanej Mamy.

Lepiej być mamą w Polsce czy mamą w Tanzanii?

Ciężko stwierdzić. Rola mamy, czy to w Tanzanii, czy w Polsce wymaga od kobiety wielu wyrzeczeń i samozaparcia i uważam, że każdej matce należy się order uśmiechu za tak cudowną pracę.

Zmieniając temat – urodziła Pani syna, będąc na studiach i z sukcesem je skończyła – jak udało się pogodzić wszystkie obowiązki, jak Pani wspomina tamten czas? Co dla młodej mamy było największym wyzwaniem?

Nie będę ukrywać, że bez pomocy mojej rodziny, a w szczególności Mamy i Męża nie udałoby mi się tego wszystkiego osiągnąć. W czasie, gdy ja zaliczałam kolokwia i egzaminy, moja Mama z Dużą Czekoladką opiekowali się Małą Czekoladką. W pierwszych miesiącach życia Bartka jeździliśmy w czwórkę pod moją uczelnię – ja biegłam na zajęcia, a moja Mama z Dużą Czekoladką i Bartusiem spacerowali po pobliskim parku. W przerwach pomiędzy zajęciami wracałam do nich, by nakarmić piersią Synka. To było chyba najtrudniejsze – pogodzenie nauki z karmieniem piersią i nieprzespanymi nocami. Nie raz na zajęciach schodziły mi się oczy, na szczęście natrafiłam na bardzo wyrozumiałych wykładowców, którzy sami wysyłali mnie do domu, usprawiedliwiając wszystkie nieobecności.

Pani ulubione słowo w jęz. suahili? Jakie słowo najbardziej lubi syn?

Zarówno moim, jak i Synka ulubionym słowem jest „Simba” (tłumaczenie – lew) – wszyscy w domu tak właśnie nazywamy Czekoladkę. Jest naszym ukochanym Królem Simbą 🙂

Jeśli uważasz ten artykuł za przydatny, podziel się nim z innymi.
Pin It
Pozostań też z nami w kontakcie:
- Polub nasz fanpage na Facebooku, a będziesz na bieżąco z najnowszymi artykułami i ciekawostkami ze świata parentingu
- Śledź nas na Instagramie. Znajdziesz tam ciekawe akcesoria dla dzieci, wartościowe książki i relacje z miejsc, w których bywamy :)
- Zapisz się do naszego newslettera. Jako pierwsza/pierwszy otrzymasz dostęp do najnowszych artykułów, konkursów i różnorodnych bonusów.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ